Deja vu ~ Prolog

Hej! Pierwsze opowiadanie na tym blogu <3 (musicie się przyzwyczaić, że nadużywam serduszek) będzie moim fanfiction luźno zainspirowanym serialem Glee, a zwłaszcza wątkami dotyczącymi Akademii Dalton (kocham ten serial, a Warblersów już w ogóle!).Więc, nie przedłużając:

~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Niesamowicie było przekroczyć te mury. Od wejścia, od samiuśkiego progu, zrozumiałam to wszystko, co opowiadał mi ojciec.
Tak, doprawdy, Akademia Dalton rzeczywiście miała klimat.
I choć wydaje mi się, że jestem dosyć nowoczesną osobą, doceniłam urok tradycji, która mówiąc kolokwialnie, wyzierała z każdego kąta.
Tata chyba dostrzegł zachwyt na mojej twarzy, bo skomentował:
- Marie, skarbie, wiem że może to nie Paryż, ale chyba jednak nie jest aż tak źle, prawda?
Skubany, przejrzał mnie.
Mój tata dobrze mnie znał, wiedział więc także o mojej słabości do klasycznie wyglądających wnętrz i tych uroczych mundurków. A zwłaszcza chłopców w marynarkach... Ech. Ale wiedział też równie dobrze, że mimo wszystko nie o tym marzyłam.
Plany były inne, ale rzeczywistość upomniała się o swoje. Niby zdawałam sobie sprawę, że odkąd firma mojego taty zaczęła odnosić coraz większe zyski "za morzem", to wizja przeprowadzki stawała się coraz realniejsza. Dopiero jednak w momencie, w którym dowiedziałam się, że muszę opuścić swój ukochany Paryż, mon la plus chèri Paris, dopiero wtedy dotarła do mnie rzeczywistość. Jak twarda ściana.
Bo ja naprawdę kochałam Paryż. I wiem, że to dziwne - bo zwykle chcemy się wyrwać z miejsca, w którym przyszliśmy na świat, chcemy odwiedzać inne kraje i zwykle uciekać jak najdalej, za granicę, hen, w świat. Ja jednak kochałam to miasto, z każdym dniem coraz bardziej. Jego tłok, jego życie, ultranowoczesność mieszająca się z urokliwym tradycjonalizmem staroeuropejskiej kultury - tym oddychałam, ile tylko mogłam. I to dawało mi siłę, dlatego tak bardzo nie chciałam wyjeżdżać.
Zresztą, gdzie indziej mogłam spełnić swoje największe marzenie, którym mnie to miasto zaraziło? Czy jest jakieś lepsze miasto, by zostać gwiazdą sceny jazzowej? No, może Nowy Orlean, ale JEDNAK. Paryż, tak jak cała Francja to przystań artystów. A Ameryka? Tfu, tyle mi po Ameryce.
Tato na próżno próbował mi wytłumaczyć, że tak naprawdę Francuzką jestem tylko w połowie. No ale, w drugiej połowie kim byłam? Polką? Patrząc na korzenie, może i tak, ale przecież ja nawet nie mówiłam po polsku! I nic dziwnego, skoro mój tata połowę życia spędził w Ameryce, a drugą we Francji. A sama myśl, że mam coś wspólnego z tym konsumpcjonistycznym amerykańskim krajem, przyprawiała mnie o dreszcze. Nigdy nie wierzyłam w American Dream. Chociaż to miejsce... Dalton wydawało mi się najmniej odrażające ze wszystkiego, co tu zastałam od przylotu.
Wiem, że mama nie chciałaby, bym narzekała. Zawsze powtarzała, że każdy dzień jest darem.
Dla niej postanowiłam bym dzielna, więc uśmiechnęłam się do taty i odpowiedziałam:
-Jest pięknie, naprawdę. Cieszę się, że będę mogła chodzić do twojej dawnej szkoły.
Przytulił mnie w odpowiedzi.
- To dobrze. Chodź, pokażę ci wszystko, zanim zjedzie się reszta.

 * * *

- Masz wszystko? - spytał trzymając ręce na moich ramionach, a ja wiedziałam, że tak naprawdę nie o bagaże się pytał.
- Nie martw się, dam sobie radę, naprawdę. No i tak mam wszystko. Tak jestem dziewczyną, ale potrafię się zmieścić w jedną walizkę, niewiarygodne, prawda?
Uśmiechnął się, uścisnął mnie i wsiadając do auta nie omieszkał przypomnieć:
- Każdy weekend w domu, pamiętaj! Widzimy się za parę dni.
- Pa tato!
I w ten oto sposób zostałam sama na parkingu, z wielką walizką w jednej ręce, pełną ciuchów, których nie wykorzystam, bo mundurki, wypchaną kosmetyczką, której także nie wykorzystam, bo większość chłopców w tej szkole to homoseksualiści (prawdopodobnie jedyny powód, dla którego tata mnie do tej szkoły puścił) oraz z saksofonem w drugiej ręce, którego już na pewno nie wykorzystam, BO GDZIE.
Ale mówiąc szczerze, wolałabym tu przyjechać bez majtek na zmianę niż bez niego. Dobrze, że nie miałam żadnej współlokatorki, bo chyba żadna nie byłaby gotowa zaakceptować faktu 3 godzin ćwiczenia dziennie na instrumencie dętym. Bardzo głośnym, jeśli chcemy być precyzyjni.
Pierwszy krok. Decyzja już zapadła, nie ma odwrotu.
Więc targałam się z tymi torbami już dobre 30 sekund, byłam już prawie przy wejściu, prawie mi się udało. Ale że ja to ja, przystanęłam jak idiotka i zaczęłam się gapić, dosłownie gapić, na całkowicie obcego chłopaka. Dobrze, że przynajmniej nie otworzyłam ust.
Ale zanim sobie pomyślicie, że miał dwie głowy, albo inną osobliwą indywidualność, muszę was wyprowadzić z błędu. W tamtym momencie byłam gotowa uwierzyć, że cofnęłam się w czasie, a przede mną stoi nie kto inny, jak cudowny Blaine Anderson, tak ten aktor, w swoim szkolnym mundurku. Odwrócony do mnie profilem powalał olśniewającym uśmiechem rozmawiając z innym chlopakiem.
Dlaczego tak zachwyciłam się Andersonem? Oprócz faktu, że byłam ogromną fanką musicali?
Właściwie od niego zaczęła się moja miłość do musicali. Gdy byłam mała, razem z rodzicami pojechaliśmy do Nowego Yorku, w sprawach biznesowych, była to jednak również świetna okazja, żeby mogli mi pokazać trochę miasta, w którym oboje się poznali na studiach. Postanowili mnie zabrać wtedy na Broodway. I wpadłam. Totalnie wpadłam w cały ten świat. A West Side Story do tej pory mam na płycie. Szkoda tylko, że nie w wykonaniu Andersona, do którego to miłość zaszczepiła we mnie fascynację światem musicali. A że mieszkałam w Paryżu... No błagam, oczywiście, że wykorzystywałam tą sytuację. Nie odpuściłam sobie chyba żadnej premiery, a Les Miserables nigdy chyba nie obejrzę w wersji anglojęzycznej.
Ale wtedy czar prysnął - chłopak czując na sobie moje spojrzenie odwrócił się, z ja uświadomiłam sobie, że to jednak nie on. Bardzo podobny. Tylko oczy inne. Zielono-niebieskie. No i wyższy, czego nie zauważyłam w pierwszym oszołomieniu.
Poczułam się głupio, ze względu na swoją reakcję, więc spuściłam wzrok, spłonęłam rumieńcem (cała ja) i poczłapałam dalej ciągnąc walizę. Wcielenie wdzięku, nie ma co.
Patrząc pod nogi ledwo powstrzymałam się przed wpadnięciem na kogoś. Wolno podniosłam wzrok. To on. Ta podróba. Cholera, naprawdę był podobny.
- Witaj! Czy mógłbym ci pomóc z twoimi walizkami? - spytał, uśmiechając się uroczo.
Kurczę, to zbyt banalne. Nie mogłam tak po prostu się w nim zakochać.
Marie, pamiętaj, na 90% jest gejem, nie zapominaj....
Mimo tych jego ślicznych oczu nie chciałam żeby pomógł mi z walizkami. Jeśli chciałam być traktowana w tej szkole po koleżeńsku, to nie mogłam im pokazać, że oczekuję jakiś profitów z powodu samego faktu bycia dziewczyną.
-Chyba sobie poradzę, ale bardzo dziękuję - uśmiechnęłam się, najładniej jak potrafiłam. Znowu poczułam się głupio.
Odważyłam się na niego spojrzeć, i już nie mogłam oderwać wzroku. Zauważyłam więcej różnic. Kasztanowe włosy, bledsza cera i bardziej zdecydowane rysy.
Piękny, piękny jak te wszystkie rzeźby w Luwrze.
Po mojej odmowie jego twarz skurczyła się w krótkotrwałym grymasie. Uraziłam go? Szybko jednak ponownie uśmiechnął się szeroko, i podał mi rękę do przywitania.
- Jestem Thomas, Thomas Anderson.
Nic nie dałam po sobie poznać, wykorzystując cały talent aktorski jakim Bozia obdarzyła.
Uścisnęłam jego dłoń, również się przedstawiając.
- Marie Korniewski. Enchantée. 
Zawiadacko uniósł brew.
-Francuzka? Polka? O co chodzi? - Spytał ze śmiechem.
-Hej, Tomás, to nie wywiad! - odpowiedziałam, dając mu kuksańca, na tyle na ile pozwalało mi obładowanie torbami.
- Masz rację, przepraszam - odpowiedział, składając ręce w pokornym geście. - Jesteś pewna, że nie potrzebujesz pomocy?
I choć moje bicepsy na ramionach krzyczały: "TAK! TAK!", to dziarskim tonem odpowiedziałam:
- Nie, naprawdę, to lekka walizka.
Przekręcił jedną stopę, żłobiąc w piasku na parkingu.
- W takim razie, chyba widzimy się na kolacji, prawda? Zarezerwuję ci miejsce! - krzyknął odwracając się jeszcze, a w oczach miał jakieś takie chochliki.
Cholercia, ale żeby tak od wejścia?!
Po długiej i meczącej targaninie z walizą dotarłam wreszcie do swojego pokoju. Po fakcie stwierdziłam, że bycie niezależną kobietą wymaga ode mnie większej krzepy. No i że wyglądam na okropnie zmęczoną.
Błogosławiąc pozostałe 30 minut do kolacji, otworzyłam walizkę, błogosławiąc fakt, że mundurki obowiązują od jutra, a mimo pozorów, kosmetyczka chyba jednak się przyda.


Komentarze